Antoni Piotrowski - spotkanie z poszukiwaczem starożytności


Antoni Piotrowski (1853-1924) — polski malarz, rysownik, ilustrator, urodził się w Nietulisku, zmarł w Warszawie. Naukę rozpoczął w roku 1869 w warszawskiej Klasie Rysunkowej u Wojciecha Gersona, poznając równocześnie technikę drzeworytu pod okiem Michała Elwiro Andriollego. Dzięki honorariom za zamieszczane w warszawskich czasopismach ilustracje, mógł pozwolić sobie w 1873 na wynajem pracowni w Hotelu Europejskim wraz z Józefem Chełmońskim oraz Stanisławem Witkiewiczem. Od 1875 roku był stałym rysownikiem "Tygodnika Ilustrowanego". Dzięki otrzymanemu stypendium lata 1875-1877 spędził w Akademii monachijskiej m.in. u Wilhelma Lindenschmita Młodszego, następnie kształcił się u Jana Matejki w Krakowie. Po studiach wyjechał na cztery lata do Paryża. Po powrocie zamieszkał w Krakowie urządził własną pracownię gdzie udzielał lekcji malarstwa m.in. Oldze Boznańskiej i Helenie Modrzejewskiej.

W latach 1885/1886 przebywał w Bułgarii jako rysownik-korespondent pism angielskich i francuskich, dokumentujący wojnę bułgarsko-serbską. Namalował cykl obrazów batalistycznych dla Galerii Narodowej w Sofii i zrobił karierę jako portrecista arystokracji, malował m.in. księcia Aleksandra Battenberga, który za zasługi dla narodu Bułgarskiego nagrodził go Orderem Św. Aleksandra II Klasy. Do Bułgarii jeździł jeszcze kilkakrotnie. W 1890 był na Krecie, w 1897 i 1903 wyjeżdżał na Bliski Wschód, skąd nadsyłał korespondencję i rysunki z wojny grecko-tureckiej. Od 1900 stale mieszkał w Warszawie, ale podróżował jeszcze do Monachium i Kijowa.

Pierwsze wrażenia

Dwa ogromne kościoły — wielki gmach drohiczyńskiego liceum w gruzach — paręset domków drewnianych w gąszczu ligustru — wszystko to na ogromnej górze nad Bugiem — to Drohiczyn — straszliwy upadek cywilizacyi, która była.

Dziwno nam, że upadła Palmira, stubramne Teby, Babilon i Niniwa, a w naszych oczach idzie w gruz niedawna cywilizacja.

Co minuta niemal obrywa się jedno sklepienie, wzniesione trudem wielu pokoleń, świadek zdrowych dążeń kulturalnych. Pokrzywa i łopian porasta gruzy wspaniałych gmachów, z których pokolenie naszych dziadków czerpało wiedzę. Żyd kupuje cegły ze świątyń do budowy domu, który może będzie rozsadnikiem wstecznictwa, brudu i zarazy moralnej. Słońce oświeca spokojnie i majestatycznie tę nędzę, tak samo, jak oświecało potęgę, tylko zamiast uwydatniać czyste kontury potężnych murów, oświeca kałuże smrodliwego błota i nędzne osty.

Płynęliśmy po przeczystej wodzie Bugu; rybitwy białe, jak skrawki papieru, kapryśnie pławiły się w czystym błękicie nieba. Po prawej stronie rzeki wysokie obrywy żółtej gliny lodowcowej, z dziurami pieczar, po lewej płaski brzeg ze wstążką sinych lasów na horyzoncie.

Spotkanie z Panem Kochańskim

Cicho łódka sunie.

— Czy to waryat? — pytam przewoźnika, wskazując mu jakiegoś człowieka, który szuflą drewnianą wylewa wodę na brzeg.

— Nie, panie, to nie waryat: on szuka starożytności! — odpowiedział przewoźnik.

Podjeżdżamy, wysiadamy. Jakiś człowiek, stary już, opalony, z sympatyczną i inteligentną głową — po kostki w wodzie, czerpie ciągle wodę szuflą i z góry chlusta nią ona brzeg rzeki, pokryty drobnymi kamykami.

— Przepraszam pana… co pan robi? — zapytaliśmy się.

Człowiek, który wylewał wodę z rzeki, przestał pracować, sięgnął do kieszeni, i podał nam na dłoni kilka drobnych, okrągławych, płaskich przedmiotów. Były to handlowe plomby ołowiane. Pan Feliks Kochański podał nam szkło powiększające, przez które dostrzegliśmy na tych małych krążkach delikatne rysunki tajemniczych znaków.

Pan Kochański wydobył na przestrzeni 120 kroków wzdłuż, a 6 na szerokość, kilka tysięcy plomb, na których p. Bołsunowski wyodrębnił 700 zupełnie odmiennych rysunków.

Było to pod wieczór, więc pan Kochański zaprosił nas do siebie. Szliśmy długo wzdłuż potężnych murów, ścieżką pomiędzy kwiatami.

Przez ruiny bramy cmentarza kościelnego weszliśmy do ruin kościoła fundacyi Ostrowskich. Boczne nawy leżą już jak bezładne kupy cegły i wapna — pięliśmy się po piętrowych zwałach sklepienia i murów — na których jeszcze nie miała czasu porosnąć pokrzywa. Jak gdyby padły z jękiem wczoraj…

Wreszcie przez wąskie drzwi bez obramienia, weszliśmy z p. Kochańskim do jakiejś nory ciemnej i wilgotnej: to było mieszkanie zbieracza starożytności. Mieszka on w ruinach kościoła. Po prostu w tych dwóch izbach nagich i brudnych czyha po ciemnych kontach chłód śmierci i jakiegoś dramatycznego końca.

Pan Kochański wydobył ze zbutwiałego kuferka kilka małych pudełek od zapałek szwedzkich. W tych pudełkach zawarta była najświętsza przeszłość Drohiczyna.

Plomby ołowiane — to olbrzymi handel tranzytowy; monety różnych krajów, czasów — to bogactwo; ciężarki od wrzecion, których tu mnóstwo — to miejscowy przemysł; wreszcie paciorki i ozdoby delikatne złote — to dorobek i kultura.

Dwie kultury: jedna wczorajsza, druga dawna — znalazły się razem pod jednym spękanym sklepieniem.

Z kątów izby wydobywał p. Kochański szczątki urn grzebalnych i dziwnego kształtu cegiełki polewane — a pod naszemi nogami dudniało sklepienie grobów.

Podziemia Kościoła Wszystkich Świętych

Pani Kochańska, z wielkim trudem spracowanych nóg, zaprowadziła nas przez nieprawdopodobnie wysokie kupy gruzów, do świątyni, obdartej z ołtarzy — nagiej — spękanej, która lada chwila runie. Przez otwór blisko drzwi bez wrzeciądza weszliśmy do grobów.

Świętokradzkie ręce wywlekały dziewicze członki zakonnic ze zmurszałych trumien, zdarły szczątki welonów święconych i pozostały z tych cichych i świętych dziewic ohydne, postrzępione, zeschłe łachmany ciał o barwie ziemi.

— Proszę panów, te mniszeczki uczyły mnie czytać… Pewnego razu chcieli rozbić mur — tam jest kilkadziesiąt trumien zamurowanych. — ale jeden z rabusiów obciął sobie palec i z bólu zemdlał, a więc dali pokój…

Wyszliśmy z tych sprofanowanych grobów z uczuciem dziwnego ucisku w piersiach.

Najlepiej dla duszy nie widzieć nic prócz ziemi i nieba, to też odetchnęliśmy, znalazłszy się za miastem. Gościniec z Drohiczyna do Bielska — to też historya: nazywa się Napoleońskim, szerokim na 50 kroków, wysadzony czterema rzędami brzóz, dębów, sosen i świerków. Wokoło nieprzejrzane łany żytnie, przetykane złotym lnem i zielonym owsem. Kraski zmykają przed nami z drzewa na drzewo, wrzeszcząc chrapliwie.


Źródło

  1. Antoni Piotrowski "Dziś i wczoraj" - Tygodnik Ilustrowany nr 42, 1904